Aleksiej

Aleksiej jest moim przyjacielem z czasów liceum. Pracowity, uczciwy, zorientowany w tym co się dzieje na świecie – jeśli chcecie poznać typowego (w dobrym, wyłącznie statystycznym sensie) Rosjanina generacji 80., to jest właśnie Losza.

Ukończył studia, uniknął poboru do wojska, znalazł zatrudnienie w państwowej korporacji kolejowej, gdzie siedzi przez ostatnie 5 lat. W miarę podirytowany pracą i panującym ustrojem politycznym. Pracę chce zmienić. Na wyborach w miare możliwości głosuje na opozycję. Na urlop jeździ do Europy.

Od kiedy wyjechałem, z powodów objektywnych, rzadko się widujemy, ale zawsze jak odwiedzam Samarę staramy się spotykać. Losza zdążył się ożenić i wziać hipotekę. Jak wielu Rosjan mieszkanie kupił jeszcze na etapie dziury w ziemi. Mieszkając z rodzicami żony, przez dwa lata czekał aż budynek będzie ukończony. Aż będzie oficjalnie oddany do użytku czeka do dziś.

Kiedy gościłem u niego w tym wrześniu, mieliśmy powód by się napić – jakiś tydzień przed tym uzyskał wreszcie prawo własności do mieszkania. Walczył o to w sądzie przez ponad rok.

W kuchni na blacie stoi przenośna kuchenka elektryczna. Według pierwotnego projektu blok miał mieć 9 kondygnacj. Deweloper wybudował 10. A gaz wg. zasad może być tylko do dziewiątego. I co? I nic. I lipa. A ponieważ budynek nie został jeszcze oddany, za prąd się płaci zgodnie ze stawkami dla przedsiębiorstw – ponad dwa razy wyższymi.

Dobrze, że jest ciepła woda. Losza mnie poprawia: ciepła woda nie „jest”, ona „bywa”. To prawda, w Samarze (jak i w całej Rosji) latem lubią odłączać ciepłą wodę – to się nazywa profilaktyka przed sezonem grzewczym.

Parę dni temu zapukali do drzwi ze spółdzielni. „Czy mają państwo już wykończone mieszkanie?” Zatkał się pion wentylacyjny, niedługo będą łamać ścianę w kuchni.

Stoimy na balkonie. Palimy. Losza opowiada o nowym samochodzie. Kupił terenówkę Chevrolet Niva. Po tygodniu skradli mu koło zapasowe, to wieszące na bagażniku. Pewnego rana wsiada do samochodu i widzi, że cały salon usypany jest kawałkami szkła. Patrzy w lusterko – tylnej szyby nie ma. Kiedy sprzątał, to sprzodu na dywaniku znalazł kule od pistoletu. Domyśla się, że zajął miejsce na parkingu pod blokiem właścicielowi Jeepa. Na szczęście ubezpieczenie pokryło obie straty – na takich rzeczach Losza nie oszczędza. Jeepowiec, a propos, też gdzieś znikł. O czwartej nad ranem wychodzę. Stoimy w drzwiach. Uścisk dłoni na pożegnanie. Mój przyjaciel ze smutkiem w głosie pyta mnie „Ech, Żenia… Czemu ty wyjechałeś?” Nie wiedziałem co mu odpowiedzieć…

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *