Spowiedź emigranta

Niedługo minie 9 lat jak wyjechałem z Rosji. Moja emigracja nie była i nie jest polityczną. Najłatwiej to opisać banalnym „tak się stało”. Ale czy wyjechałbym ze względów politycznych? A nie wiem. Ciężkie pytanie.

Pomijam tu takie aspekty emigracji jak adaptacja w nowym kraju, utrata starych znajomości, bardzo ograniczony kontakt z rodziną i przyjaciółmi itp. To w równym stopniu dotyczy emigrantów politycznych i „zwykłych”. Nie chcę też rozpatrywać sytuacji osobistego prześladowania i różnego stopnia „represji” ze strony władz – tu wchodzi w grę bezpieczeństwo swoje i rodziny, więc wybór jest zupełnie innego charakteru. Będąc, łagodnie mówiąc, nie największym zwolennikiem obecnego w Rosji reżymu, na szczeście nie odczułem na sobie żadnej presji z jego strony (i oby tak pozostało).

A jednak znalazłem się w Polsce.

Co się zmieniło w moich uczuciach do Rosji? Nic. Dalej ją lubię. Dalej jestem obywatelem tego kraju. Dalej chcę być z tego faktu dumny, mimo że z każdym rokiem jest to coraz trudniejsze. Przeżywam to, co dzieje się w kraju moich przodków. Czuję się nijako współodpowiedzialny za to. Co więcej, w pewnym sensie stałem się reprezentantem społeczeństwa rosyjskiego dla świata zagranicznego. A to jest naprawdę spory ciężar – wiem, że patrząc na mnie, moje zachowanie w tej czy innej sytuacji, ludzi dookoła budują opinię nie tylko o mojej skromnej osobie, ale też o całym moim narodzie. Świadomie, czy nie – nie istotne.

I to działa też w drugą stronę. Większość ludzi przy pierwszym kontakcie ze mną – często nawet niechcąco – patrzą na mnie przez pryzmat ukorzenionych w świadomości steryotypów. Zaczynając od niewinnych, w stylu „pij – przecież jesteś Ruskim”. I ten niegatywny wizerunek mojej ojczyzny, który powstaje na świecie przez działania władz rosyjskich, w mniejszym lub większym stopniu przekłada się też na mnie. Paradoksalnie, to, przed czym mógłbym chcieć uciec emigrując, za granicą odczuwa się jeszcze bardziej niż w domu!

Użyłem określenia „dom” w odniesieniu do Rosji i złapałem siebie na myśli, że już od 9 lat mój dom (we wszystkich znaczeniach tego słowa) jest w Krakowie, a wyjazdy do Samary, gdzie spędziłem pierwsze 20 lat swojego życia, traktuję jako podróży zagraniczne. Ale i tak nie jestem w stanie (i nie chcę) podchodzić do tego kraju inaczej. Tak jak nie chcę zmieniać nazwiska ani imienia. (Eugeniusz Igor Diejanowski? Śmiesznie. Głupio. Bez sensu.)

Jak już powiedziałem wyżej, chcę być z Rosji dumny. Chcę kojarzyć się w pierwszej kolejności z Puszkinym, Gagarinym i Miendielejewym, a nie z aneksją Krymu i zagrożeniem Trzeciej wojny światowej. Ale mój wpływ na procesy zachodzące w Rosji stąd, z Polski, jest znacznie mniejszy, niż przed wyjazdem. Oprócz głosowania na wyborach federalnych (umówmy się, czysto symbolicznych) co mi pozostaje? Prowadzenie podziemnej działalności politycznej z zagranicy? Nie śmieszcie moje kapcie!

„Nie mam z tym nic wspólnego”? Nie – przykro mi, moi drodzy, ale tak to w rzeczywistości nie działa. Dziś jak oglądam reportaże z protestów w Moskwie, to czuję, że moje miejsce jest tam! Jak czytam o kolejnych inicjatywach ustawodawczych, wprowadzających odpowiedzialność karną za oddychanie w niewłaściwy sposób, czuję mieszankę złości, wstydu i bezradności. I to poczucie bezradności ani troche nie poprawia humoru. Takie są powody, dla których, gdyby moje życie potoczyło się inaczej, sama nieakceptacja polityki władz nie spowodowałaby mojej emigracji. I to jest to, nad czym prosiłbym zastanowić się tych, którzy teraz pod wpływem emocji mówią: „Pierdolę to, wyjeżdżam. Z tego kraju nic już nie będzie.” Bo to właśnie bez was „nic nie będzie”. To wy będziecie zmieniać ten kraj. Ok, teraz jest was niecałe 50%. Ale jeśli połowa z was wyjedzi – czysta matematyka – za pięć lat stosunek będzie już 2:1. A mi tutaj z tym wszystkim jeszcze żyć.

Leave a comment

Your email address will not be published. Required fields are marked *